Ile kosztuje strona internetowa w 2026 i od czego zależy cena

Wycena strony bywa tak samo myląca jak cena mieszkania podana bez metrażu. Rozkładam ją na sześć pozycji, pokazuję, gdzie powstaje różnica między ofertami, i liczę, ile kosztuje utrzymanie strony przez trzy lata.


Wycena nie jest ceną produktu

Kiedy prosisz trzy firmy o wycenę strony wizytówki, dostajesz trzy liczby i zwykle ani jednego zdania o tym, co jest w środku. Wybierasz tę ze środka widełek, bo skrajne wyglądają podejrzanie. Ten wybór jest loterią, dopóki nie wiesz, co porównujesz.

Strona internetowa nie jest produktem, który leży na półce w jednym rozmiarze. Jest usługą, a wycena jest planem pracy przeliczonym na pieniądze. Plan ma godziny, stawkę, materiały i zakres. Oferta, która pokazuje tylko sumę, zaprasza do zaufania.

Dlatego różnica między dwiema wycenami rzadko dotyczy tej samej rzeczy. Jedna firma liczy dwanaście podstron, druga trzy. Jedna pisze teksty, druga czeka na gotowe. Jedna robi projekt od zera, druga bierze szablon i zmienia kolory. Porównujesz liczby, a powinieneś porównywać zakresy.

Z czego składa się każda wycena

W ofertach, które widziałem, powtarza się ten sam zestaw pozycji, choć nazwy bywają różne.

Projekt i układ: struktura podstron, kolejność sekcji, wygląd. Treści: teksty, zdjęcia, opisy usług, odpowiedzi na pytania klientów. Wdrożenie: złożenie strony, konfiguracja, podłączenie formularza, testy na telefonie, publikacja. Te trzy pozycje są jednorazowe i odpowiadają za większość ceny.

Pozostałe trzy wracają co roku: domena, hosting i utrzymanie. W pierwszym rachunku są małe i łatwe do przeoczenia. W trzecim roku rozstrzygają o tym, ile strona naprawdę kosztuje.

Z tego podziału wynika jedna praktyczna rzecz. Każdą ofertę da się sprawdzić, pytając o godziny: ile na projekt, ile na teksty, ile na wdrożenie. Firma, która pracuje uczciwie, te godziny zna. Firma, która ich nie zna, wycenia na wyczucie i w połowie projektu wraca z dopłatą.

Godziny razy stawka

Do takiej rozmowy potrzebny jest punkt odniesienia. Zacznę od najprostszego, jaki jest publicznie dostępny.

GUS podał 20 października 2026 roku, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło we wrześniu 2026 roku 9266,48 zł (informacja sygnalna GUS, dane dla firm zatrudniających dziesięć i więcej osób, z premiami w środku). Podzielone przez 168 godzin, czyli przeciętny miesiąc pracy, daje 55,16 zł brutto za godzinę. To moje przeliczenie na danych GUS, nie stawka z żadnego cennika.

Ta liczba nie jest stawką na fakturze. Faktura pokrywa też składki, biuro, księgowość, czas na rozmowy i poprawki, których nikt nie wpisał w plan. Działa jako podłoga: jeśli wycena zakłada czterdzieści godzin pracy, te godziny gdzieś kosztują.

Drugi punkt odniesienia jest twardszy, bo ustawowy. Od 1 stycznia 2026 roku minimalna stawka godzinowa przy umowie zlecenia wynosi 31,40 zł (rozporządzenie Rady Ministrów z 11 września 2025 roku, Dz.U. 2025 poz. 1242, paragraf 2). Oferta, w której godzina pracy człowieka wychodzi taniej, opiera się na pracy, której ktoś nie wykonał, albo na kosztach przeniesionych w miejsce, którego nie widzisz.

Rachunek na przykładzie, nie na badaniu rynku. Strona wizytówki z sześcioma podstronami, teksty po stronie wykonawcy, jedno spotkanie, publikacja: dwanaście godzin projektu, dziesięć godzin tekstów, szesnaście godzin wdrożenia i cztery godziny testów dają czterdzieści dwie godziny. Przy 55,16 zł za godzinę to 2316,72 zł samej pracy, przed domeną, hostingiem i marżą. Jeśli oferta na taki zakres jest o połowę niższa, albo zakres jest mniejszy, niż myślisz, albo godziny policzono po stawce, przy której nikt nie wyżyje.

Treści, czyli pozycja, której nie ma w ofercie

Największa różnica między tanimi i drogimi stronami nie siedzi w kodzie. Siedzi w tekście.

Strona wizytówki ma kilka podstron, a każda z nich potrzebuje tekstu długości kilkuset słów. Ktoś musi je napisać, a potem ktoś musi sprawdzić, czy odpowiadają na pytania, które klient naprawdę zadaje. W taniej ofercie teksty prawie zawsze są po Twojej stronie, w rubryce, której nie czytasz do dnia, w którym trzeba zacząć. Wtedy okazuje się, że masz napisać osiem stron o własnej pracy, więc ląduje tam to, co było w starej ulotce.

Wycena z tekstami jest droższa o kilkanaście godzin pracy i ta różnica jest realna. Ktoś siada, wypytuje Cię o usługi, spisuje odpowiedzi, układa je w kolejności, w której klient czyta, i pilnuje, żeby na stronie była odpowiedź o cenę, termin i obszar działania.

Pytanie do wykonawcy jest więc proste: kto pisze teksty i ile ich jest w tej cenie. Odpowiedź powinna być w umowie, nie w prezentacji.

Domena i hosting: koszt, który wraca co roku

Domena .pl nie jest kupowana raz na zawsze, choć tak wygląda w pierwszym rachunku. W cenniku HitMe z października 2026 roku rejestracja kosztuje 18,45 zł brutto, a odnowienie 67,00 zł brutto za rok. Pierwszy rok jest tani, drugi i trzeci już nie.

Hosting wygląda podobnie. cyber_Folks w cenniku usług hostingowych podaje dla pakietu cyber_START! 279 zł netto za rok odnowienia, czyli 343,17 zł brutto, i zastrzega, że są to ceny regularne, bez promocji. Rachunek na trzy lata: domena 18,45 plus 67 plus 67 daje 152,45 zł, hosting trzy razy 343,17 daje 1029,51 zł. Razem 1181,96 zł brutto, czyli 32,83 zł miesięcznie i równowartość 21,4 godziny pracy przy stawce 55,16 zł.

Koszty stałe strony są małe w porównaniu z jednorazowym kosztem jej zrobienia. Kłopot zaczyna się gdzie indziej: liczba w pierwszym roku bywa inna niż w drugim, a decyzję podejmujesz na trzy lata, nie na dwanaście miesięcy.

Ten sam cennik pokazuje to bez owijania. cyber_SPRINT! kosztuje 9 zł netto za pierwsze trzy miesiące, czyli 11,07 zł brutto, a odnowienie roczne to 449 zł netto, czyli 552,27 zł brutto. Oba warianty są w cenniku obok siebie i oba są prawdziwe. Strona, która ma przetrwać trzy lata, płaci po pierwszym okresie pełną stawkę, więc porównuj cenę odnowienia, a nie cenę wejścia.

Osobna sprawa, którą łatwo przegapić: abonentem domeny powinna być Twoja firma, a nie wykonawca. Wpisanie nazwy domeny w whois zajmuje chwilę i od razu pokazuje, kto tam stoi. Jeśli nie Ty, masz problem do rozwiązania przed podpisaniem umowy, a nie po zakończeniu współpracy.

Utrzymanie: abonament, godziny albo nic

Trzecia pozycja cykliczna to utrzymanie. Tu oferty różnią się najbardziej, bo to samo słowo oznacza trzy różne rzeczy.

W modelu abonamentowym płacisz stałą kwotę miesięcznie i ktoś pilnuje aktualizacji, kopii zapasowych, certyfikatu i tego, czy strona odpowiada. W modelu godzinowym dzwonisz, gdy coś się dzieje, i płacisz za wykonaną pracę. W trzecim nie płacisz nic, dopóki strona działa, a potem płacisz za naprawę.

Każdy z tych modeli ma sens w innym przypadku. Strona wizytówki, która nie zmienia się od miesięcy, nie potrzebuje miesięcznego abonamentu tylko dlatego, że ktoś go oferuje. WordPress z wtyczkami i formularzami potrzebuje kogoś, kto raz w miesiącu sprawdzi wersje, bo wtyczka porzucona dwa lata temu jest dziurą, a nie ozdobą.

Koszt braku utrzymania nie pojawia się w cenniku, bo jest rozłożony w czasie. Wersja PHP na serwerze rośnie sama, certyfikat wygasa, kopia zapasowa okazuje się nie działać w dniu, w którym jest potrzebna. Wniosek jest skromniejszy niż abonament u każdego: trzeba wiedzieć, kto ma tę robotę wpisaną w obowiązki.

Czego cena nie obejmuje

Nawet dobra wycena nie obejmuje kilku rzeczy, które doliczasz po swojej stronie.

Budżetu na reklamę i dystrybucję. Strona bez ruchu nie przynosi zapytań, a nowa domena zbiera zaufanie w wyszukiwarce miesiącami. Zdjęć, jeśli potrzebujesz sesji, a nie fotografii z telefonu. Integracji, jeśli formularz ma wpadać do CRM-a albo kalendarz ma pokazywać wolne terminy. Poprawek po publikacji, bo pierwsza wersja zawsze coś odsłania. Twojego czasu na zebranie informacji, zatwierdzenie tekstów i decyzję o zdjęciach.

Do tego dochodzi rzecz, której nie kupisz za żadne pieniądze: witryna nie zamknie sprzedaży za Ciebie. Klient kupuje to, co stoi w ofercie i w cenie, a domyka zakup dopiero wtedy, gdy ktoś odbierze telefon. Strona może ten kontakt ułatwić albo go zepsuć, chowając numer za pięcioma przewinięciami.

Jak porównać dwie oferty w piętnaście minut

Poniżej sześć pytań, które zadawałem w obie strony, jako wykonawca i jako klient. Za każdym razem wychodziło coś, czego nie było w prezentacji.

  1. Ile godzin jest w tej wycenie i na co. Poproś o podział na projekt, teksty i wdrożenie.
  2. Co wchodzi w zakres: ile podstron, ile tekstów, czyje zdjęcia, jakie integracje.
  3. Kto pisze teksty i kto je poprawia po Twoich uwagach.
  4. Na kogo jest zarejestrowana domena i kto ma dostęp do panelu.
  5. Co się dzieje po pierwszym roku: ile kosztuje odnowienie hostingu i czy opieka jest w cenie.
  6. Ile kosztuje zmiana po publikacji: stawka godzinowa, abonament czy „drobna zmiana gratis”.

Szóste pytanie najczęściej nie pada, bo wydaje się nieuprzejme. Rozstrzyga o tym, czy za rok zmienisz numer telefonu na stronie bez trzech maili.

Po tych pytaniach widać, czy masz do czynienia z innym zakresem, czy z inną ceną za ten sam zakres. W pierwszym przypadku wybierasz zakres, w drugim wykonawcę. To dwie różne decyzje i mieszanie ich kończy się rozczarowaniem.

Jeśli po tym rachunku wychodzi, że stronę trzeba zrobić od zera, a nie poprawiać, w Sitehero nie musisz liczyć godzin po swojej stronie: podajesz adres obecnej witryny albo odpowiadasz na kilka pytań w formularzu, a układ, teksty i publikację bierzemy na siebie. Gotowa strona wychodzi w ciągu jednego do dwóch dni roboczych, domena jest rejestrowana na Twoją firmę i zostaje u Ciebie, a zmiany po starcie wprowadzamy po jednej wiadomości.